Po całym tym bajzlu w Delhi
należało na chwilę dojść do siebie, a Dharamsala, małe
miasteczko w górach i schronienie tybetańczyków na wygnaniu,
wydawała się idealnym rozwiązaniem. Było chłodno (czasem zimno),
były widoczki, zaawansowana integracja i w ogóle było fajnie.