Nie pamiętam kiedy wstałem ostatni raz z własnej woli o 5 rano. W dodatku po wieczorze przy świetle świeczek. Z braku prądu oczywiście. Chyba doznaliśmy "Nirvany". Urzeczywistnienie przyjęło swoją najwyższą postać w chwili otwarcia drzwi wychodzących na taras z betonu. Dalej już tylko dolina, tarasy rolne po drugiej stronie i coraz wyżej piętrzące się Himalaje skąpane w niebieskiej mgle przed wschodem słońca. Ale zacznijmy od początku.