Nirvana w Nagarkot


Nie pamiętam kiedy wstałem ostatni raz z własnej woli o 5 rano. W dodatku po wieczorze przy świetle świeczek. Z braku prądu oczywiście. Chyba doznaliśmy "Nirvany". Urzeczywistnienie przyjęło swoją najwyższą postać w chwili otwarcia drzwi wychodzących na taras z betonu. Dalej już tylko dolina, tarasy rolne po drugiej stronie i coraz wyżej piętrzące się Himalaje skąpane w niebieskiej mgle przed wschodem słońca. Ale zacznijmy od początku. 

Leniwy poranek w Kathmandu. Można by już wstać, ale po co. Za oknem gwar dzielnicy Thamel, podobno kolejny dzień strajku.  W dodatku jest sobota. Check out standardowo 15 minut po czasie żeby do ostatniej chwili przedłużyć wrzucenie plecaka na plecy, który zaledwie chwilę zdążył odpocząć. Jednak zmieniamy plany z dłuższego pobytu w stolicy i chcemy wyrwać się z miejskiego tłoku na kilka dni. W lobby pojawia się Anton, pozytywnie uśmiechnięty, w klapkach, szortach i pomarańczowej koszulce wyglądającej na jakiś twór własnoręczny, niesie śniadanie w foliowej siatce. To dzięki niemu trafimy później do naszego lokum na skraju cywilizacji. 
Piątkowy wieczór nie obfitował w wybitne wrażenia klubowe. Odkryliśmy imprezę trance, ale jej koniec miał nastąpić o 22 czyli w czasie kiedy mniej więcej planowaliśmy zacząć potencjalny bal. Co się odwlecze to nie uciecze, ten piątek został spisany na straty. Hotel Lucky Star zafundował mi jeszcze przypadkowe spotkanie na swoim dachowym patio. Towarzyszami rozmowy okazało się dwóch Antonów pochodzących z Ukrainy. Obydwaj w życiu zajmują się fotografią i fascynują się wschodem. Anton z powyższej sceny w lobby w Nepalu spędza już piąty rok. Stworzył projekt photo-travel dzięki któremu w porozumieniu z nepalskimi biurami organizuje wyprawy dla ludzi zainteresowanych fotografią. Poza tym, że jego zdjęcia trafiają do milionów odbiorców, 24-letni gość wydaje się podchodzić do życia z dużym dystansem. Wie, że w fotografii osiągnął wiele co słychać w rozmowie z nim, a czas spędzony tutaj pozwolił mu na realizację swoich pasji i dogodne życie. Nie jest zadowolony z sytuacji, która panuje w jego ojczyźnie, a rezydowanie w Nepalu to z jego ust istna sielanka zakrawająca miejscami o wyższy poziom abstrakcji. Sam mówi, że jego jedyną aspiracją w fotografii jest obudzić w ludziach świadomość sensu życia, bo to jedyny sposób na zrozumienie świata takiego jaki został dla nas stworzony, takiego jakim widzi go dziecko. Warto prześledzić jego prace, zwłaszcza że większość pochodzi stąd, na stronę KLIK.
Po wysłuchaniu wielu historii o Nepalu od ukraińskiego rezydenta pomyślałem, że warto podążyć za jego podpowiedzią noclegu, ale podążanie do Nagarkot to nie bułka z masłem. Omijanie "strajkowych cen" taxi poskutkowało pieszą tułaczką na coś w rodzaju dworca czegoś w rodzaju autobusu. W każdym bądź razie możemy jechać tutejszym środkiem lokomocji -półdarmo. Przesiadka w Bhaktapur. Tutaj już nie ma żartów. Są za to busy załadowane po sam dach. Ludźmi. Przepisy BHP w Nepalu są adekwatnie proporcjonalne do odległości od ich europejskich odpowiedników, np. widok sygnalizacji świetlnej na przejściu dla pieszych spowodował u mnie szok. 

Jesteśmy w Nagarkot gdzie panuje istna sielanka spowodowana przede wszystkim otaczającą panoramą. Choć z Nirvany przenieśliśmy się do hotelu z netem (cóż, bez niego ani rusz) to "kolejny dzień w biurze" wita mnie widokiem za oknem z efektem wow. 
Po drodze do Dulikhel poza tym, że przez 4 h mogliśmy zmieniać perspektywy okolicznych dolin (również z efektem wow) odkryliśmy bardzo łaskawy odcinek longboardowy. Także dziś dzień obfitował w kolejno: testowanie cierpliwości podczas "nauki" dzieciaków jazdy na desce, testowaniu szorstkości asfaltu podczas jazdy po nim z górki i testowaniu widoczności podczas zachodu słońca na wieży widokowej na terenie bazy wojskowej. I tym pięknym rymem zakończę kolejny epizod nepalskiej przypowieści long'n'roll. 


Kompletny album do oglądnięcia TUTAJ

You Might Also Like

1 komentarze

  1. Rozgarnięty ten Anton, nie aus tirol. Zajebiste foty

    OdpowiedzUsuń